wtorek, 16 czerwca 2015

Głos na puszczy

Polecam artykuł Piotra Aleksandrowicza
http://wei.org.pl/blogi-wpis/run,glos-na-puszczy,page,1,article,1692.html

Jest oczywiste, że światowy wzrost gospodarczy słabnie, Europa z trudem opanowała kryzys, ale idzie naprzód w żółwim tempie, a Polsce za kilka lat grozi stagnacja.
W takich okolicznościach przyrody, a szczególnie przed wyborami, pojawiać się będzie coraz więcej propozycji programowych, jak temu zaradzić. Jeden zestaw medykamentów będzie zawierał wyższe podatki (od zagranicznych firm i banków zwłaszcza, ale nie tylko), progresję podatkową w podatku indywidualnym, powszechne oskładkowanie wszystkiego i wszystkich, więcej regulacji. Inni będą się skupiać na modnych hasłach: polonizacji banków, nie rzucim ziemi skąd nasz ród (to o rzekomej wyprzedaży gruntów Niemcom), czy też reindustrializacji. Ostatnio wicepremier Piechociński zameldował nawet po wizycie w koksowni, że Polska powinna produkować więcej stali. Moderniści z kolei będą zaklinać na okoliczność innowacji, badań i rozwoju, edukacji i inwestycji, wszystko wszakże z ogromnym udziałem państwa. Do tego dołożą jeszcze przyjęcie euro.
Najsłabiej słychać będzie tych, którzy uważają, że największe szanse rozwojowe tkwią w mechanizmach rynkowych, odbiurokratyzowaniu gospodarki, w przyjęciu zasady: żadnych ustaw więcej niż minimum europejskie, w ograniczeniu obciążeń podatkowych, przy równoczesnym zmniejszeniu rozwiązań jawnie szkodliwych ekonomicznie i niesprawiedliwych społecznie. Takich jak branżowe przywileje emerytalne i podatkowe, czy brak wymagań efektywnościowych w stosunku do przedsiębiorstw państwowych, dzięki czemu świetnie się mają ich pracownicy, tyle że na koszt społeczeństwa. Jeszcze rzadziej słychać będzie głosy na temat powrotu do prywatyzacji. Przeciwnie, rzutem na taśmę minister skarbu zdołał stworzyć kolejnego narodowego czempiona, mianowicie państwową grupę promową na Bałtyku, i pies z kulawą noga nie zaszczekał, że to jakiś nowy absurd.
Skonstruowanie sensownego planu podtrzymania rozwoju polskiej gospodarki nie jest wcale trudne, wystarczy skorzystać z uniwersalnych wzorców. Redukcja przepisów i wymagań biurokratycznych. Obniżanie barier wejścia na rynek. Ograniczenie inspekcji i kontroli. Zmniejszenie liczby wymagań narzucanych producentom i usługodawcom rzekomo dla dobra klientów. Wzmocnienie prawa własności i sprawności sądownictwa. Skończenie z uprzywilejowaniem firm państwowych. Promowanie konkurencji. To akurat wypisałem z kwitów przygotowanych przez mądrych ludzi dla … Grecji - na tym polega ich uniwersalizm, ale z grubsza to samo można wyczytać w rekomendacjach OECD „Going for Growth”, regularnie pojawiających się co rok. W latach 2008-2013 w niektórych kategoriach nastąpiła u nas poprawa, ale nadal Polska jest w czołówce państw przeregulowanych i o rynkach produktowych zduszonych przez państwo (m.in. transport, energia, usługi profesjonalne). Polska ma też największy udział własności państwowej w gospodarce w krajach OECD. Dlatego właśnie w najnowszym raporcie z 2015 roku wśród priorytetów na pierwszym miejscu OECD w odniesieniu do Polski wymienia redukcję własności państwowej i poprawę konkurencyjności na rynkach produktowych. A ponieważ od 2013 roku postęp jest minimalny, podtrzymuje także inne priorytety sprzed dwóch lat.
Ten najnowszy raport OECD w marcu br. wywołał minimalne zainteresowanie. Mimo, że nie było jeszcze w obiegu publicznym nowych bohaterów masowej wyobraźni, czyli panów Stonogi i Kukiza. Ale kto by się zajmował takimi drobiazgami jak warunki gospodarowania. Ważniejsza jest kwestia agrarna, czyli kto kogo w glebę.

wtorek, 17 marca 2015

Rynek oczywiście działa

Poniższą notatkę polecam szczególnie producentom surowców energetycznych. Ci, którzy jeszcze mają nadzieję że wrócą ceny ropy, gazu czy węgla jakie były na rynkach światowych do połowy zeszłego roku, powinni o tym zapomnieć. Rynek nazywany przez lewaków pogardliwie "niewidzialną ręką", działa  bardzo konsekwentnie i skutecznie. Oto jakie perspektywy daje energia słoneczna, która przecież nie jest jedynym możliwym źródłem OZE.

"Jeśli Kalifornia pokryje swoje domy, budynki i przestrzenie miejskie instalacjami solarnymi na małą skalę, to wygeneruje wystarczająco dużo energii do zaspokojenia potrzeb stanu trzy do ponad pięciu razy, wykazały ekscytujące wyniki nowych badań.

Obecnie jednym z głównych zarzutów przeciwko energii słonecznej jest to, że nie ma wystarczająco dużo wolnego miejsca na budowę farm słonecznych. Ale nowe badanie, prowadzone przez Rebecca R. Hernandez z Carnegie Institution for Science w USA, wykazały, że instalacje paneli słonecznych na dachach Kalifornii i małych koncentracyjnych elektrowni słonecznych w parkach publicznych, zapewni więcej niż wystarczająco dużo energii - bez potrzeby naruszania któregokolwiek naturalnego siedliska.

"Integracja urządzeń solarnych w środowisku miejskim i podmiejskim spowoduje najmniejszą ilość zmian wykorzystania gruntów i minimalny wpływ na środowisko", powiedziała Hernandez w komunikacie prasowym.

Jej badania dotyczyły dwóch rodzajów technologii słonecznej - fotowoltaicznych paneli słonecznych i koncentratorów energii słonecznej, które wykorzystują ogromne zakrzywione lustra skupiające promienie słońca - i okazało się, że połączenie obu będzie działać najlepiej, w zależności od rodzaju przestrzeni miejskiej z jaką mamy do czynienia.

Na przykład, badania wykazały, że 6,7 mln hektarów byłoby idealne dla instalacji paneli słonecznych, głównie na dachach, a kolejnych 1,6 mln ha może być wykorzystane do budowy skoncentrowanych elektrowni słonecznych.

Bez zajmowania dodatkowego miejsca, te instalacje na małą skalę mogłyby generować do 21000 terawatogodzin energii rocznie - 15000 terawatogodzin z paneli fotowoltaicznych i 6000 terawatogodzin ze skoncentrowanych elektrowni słonecznych. To jest do pięciu razy przewyższając ilość energii, której potrzebuje cały stan Kalifornia. Wyniki zostały opublikowane w Nature Zmian Klimatu.

Na dodatek, Hernandez stwierdziła, że pozostało mnóstwo innych niewrażliwych ekologicznie terenów, takich jak tereny zdegradowane lub niewykorzystane działki, które mogą zostać opracowane przy minimalnym wysiłku w celu zapewnienia jeszcze więcej miejsca dla instalacji solarnych.

"Ze względu na wartość lokalizacji miejsc generowania energii słonecznej w pobliżu dróg i istniejących linii przesyłowych, nasze narzędzie identyfikuje potencjalnie kompatybilne obszary, które nie są odległe, pokazując, że urządzenia nie muszą znajdować się na pustyniach," powiedziała Hernandez w komunikacie.

Chociaż Badania przeprowadzono na podstawie specyfiki Kalifornii, która jest jednym z głównych obszarów zasilania słonecznego w USA, wyniki odnoszą się do prawie każdej słonecznej lokalizacji na terenach miejskich i udowodniają, że nie muszą być budowane ogromne farmy słoneczne na pustyni lub na powierzchniach oceanów, w celu generowania dużych ilości zrównoważonej energii. Przestrzeń, którą zajęliśmy wystarczy."
na podst. "Science alert" Fiona Macdonald


Jeśli dodamy do tego, że świat cierpi na nadprodukcję ropy, gazu i węgla,  samochody zużywają coraz mniej paliw, a inne technologie produkcji energii są coraz doskonalsze , możne śmiało stwierdzić, że czas drogiej energii kończy się, co przyśpieszy rozwój gospodarczy, poprawi środowisko naturalne i przyniesie korzyści miliardom mieszkańców Ziemi.

środa, 19 listopada 2014

Faszyzm i komunizm prawie znikły, islamizm jest wszędzie

2 listopada w Kopenhadze odbyła się konferencja z okazji 10 rocznicy zamordowania reżysera Theo van Gogha W sali konferencyjnej duńskiego parlamentu przemówił między innymi Daniel Pipes. Oto jego wystąpienie.

* * *
Dziękuję za zaproszenie. Bardzo cieszę się, że tu jestem. Pozwólcie, że zacznę od wspomnienia z 2 listopada 2004 roku. Tak się złożyło, że był to w Stanach Zjednoczonych dzień wyborów, w którym George Bush pokonał Johna Kerry’ego. Byłem wtedy w Kalifornii. Około szóstej rano obudził mnie telefon od przyjaciela, który poinformował mnie o zamordowaniu Theo van Gogha. Później wystąpiłem w telewizji Al-Jazeera, gdzie wziąłem udział w dyskusji z pewnym islamistą. Usprawiedliwiał on morderstwo dokonane na van Goghu, twierdząc, że reżyser sam je sprowokował. Tak więc był to dzień i pamiętny, i straszny.
Chciałbym dokonać podsumowania nie tylko dziesięciu lat, które minęły od tego koszmarnego dnia, ale także dwudziestu pięciu lat, które upłynęły od wydania „Szatańskich wersetów” Salmana Rushdiego.
To był początek istnienia pewnego schematu, który odtąd zaczął się systematycznie powtarzać. W 1989 roku był Salman Rushdie i “Szatańskie wersety”, w 2004 zamordowanie Theo van Gogha, w 2006 Robert Redeker musiał zacząć się ukrywać. W 2007 roku Lars Vilks zmuszony był zrobić to samo. Kurt Westergaard został zaatakowany w 2010 roku, Lars Hedegaard w 2013 roku; dotyczy to też wielu osób, które nie są tu dziś obecne. Geert Wilders musi mieć stałą ochronę od 2008 roku [tak naprawdę od 2004 roku, red].
Zawsze, kiedy te ataki mają miejsce, widzimy powtarzający się wzorzec. Najpierw ktoś z Zachodu mówi lub robi coś krytycznego w stosunku do islamu, następnie wściekli muzułmanie odpowiadają obelgami i żądają wycofania krytyki. Potem grożą procesami sądowymi lub przemocą, wreszcie rzeczywiście dochodzi do aktu agresji. Ludzie Zachodu niezdarnie się bronią, próbują dyskutować, w końcu się poddają.
image002
Przedstawię dwie tezy. Po pierwsze, według mnie nie chodzi tylko o wolność wypowiedzi. Owszem, polem bitwy jest obecnie wolność słowa, stawką jest jednak los całej zachodniej cywilizacji. Wolność wypowiedzi to tylko pojedyncza bitwa, cała wojna toczy się o to, czy cywilizacja Zachodu przetrwa, czy nie. Po drugie, prawo przedstawicieli świata zachodniego do mówienia krytycznych, prowokujących rzeczy o islamie, jest od 25 lat stale ograniczane.
W tytule mojego wystąpienia jest termin, który sam wymyśliłem – „reguła Rushdiego”. Dnia 14 lutego 1989 roku ajatollah Chomeini, najwyższy przywódca Iranu, zobaczył w telewizji, że Pakistańczycy odpowiadają przemocą na publikacje „Szatańskich wersetów”. Rozwścieczony tym, o czym się dowiedział, Chomeini wydał na Rushdiego wyrok śmierci. To było wydarzenie bez precedensu, nikt nigdy nie zrobił przedtem czegoś podobnego. Przywódca jednego państwa wezwał do wykonania wyroku śmierci na pisarzu mieszkającym w innym państwie.
To zaskoczyło wszystkich, od wysokich rangą urzędników w Iranie, po samego Rushdiego. Nikt nie spodziewał się, że powieść z gatunku realizmu magicznego, w której ludzie wypadają z samolotu, a mimo to nadal żyją, w której spotykamy mówiące zwierzęta i tak dalej, wywoła taką wściekłość przywódcy Iranu.
Ten wyrok spowodował fizyczne ataki na księgarnie we Włoszech, Norwegii i Stanach Zjednoczonych, a także na tłumaczy „Szatańskich wersetów”. Do najgorszych aktów przemocy doszło w Turcji, gdzie zginęło 36 osób. Również w innych krajach muzułmańskich śmierć poniosło łącznie 36 ludzi.
Fatwa Chomeiniego zawiera cztery punkty. Pierwszy i najważniejszy uznaje za obrazę to, że Rushdie opisał Mahometa i związane z nim wydarzenia. Zostało to nazwane „wystąpieniem przeciwko islamowi, prorokowi i Koranowi”. Tym samym Chomeini wyznaczył obszerny zakres świętych kwestii, których nie wolno poruszać bez narażania się na śmierć.
Po drugie, wyrok wydany został również na „wszystkich zaangażowanych w publikację książki, którzy są świadomi jej treści”. Wskutek tego Chomeini zaatakował nie tylko Rushdiego, ale ogół przedstawicieli instytucji kultury: redaktorów, specjalistów od reklamy, dystrybutorów itd. Nie chodzi tu o jedną osobę, ale o całą sferę działalności kulturalnej.
Po trzecie, po skazaniu Rushdiego na śmierć, po to, „żeby już nikt nigdy nie śmiał obrazić islamskich świętości”, Chomeini wyraźnie pokazał, że nie chodzi mu tylko o ukaranie jednego pisarza, ale o zapobieżenie przyszłym zniewagom czy próbom ośmieszenia.
I wreszcie, żądając od wszystkich, którzy sami nie mogą zamordować Rushdiego, żeby wydali go tym, którzy mogą to zrobić, Chomeini wezwał wszystkich muzułmanów na świecie, by stali się częścią nieformalnej siatki donosicieli, gotowej do ataku w obronie islamskich wartości.
Tak więc chodzi o cztery rzeczy: nie wolno poruszać pewnych tematów; każdy, kto angażuje się w publikację takich treści zostanie fizycznie ukarany; obraza ma już nigdy się nie powtórzyć; muzułmanie tworzą nieformalną siatkę. To jest właśnie „reguła Rushdiego”, systematycznie od tamtej pory stosowana.
Mówiłem już o moich dwóch tezach. Według pierwszej z nich, ludzie Zachodu zazwyczaj pojmują przemoc wynikającą z zastosowania „reguły Rushdiego” jako zagrożenie dla ich prawa do swobodnej wypowiedzi i oczywiście mają rację. Jednak podnoszący obecnie wrzawę islamiści działają według określonego schematu, który prowadzi ich do trzech, nie zawsze jasno wyartykułowanych celów. Jeśli zostaną one rzeczywiście osiągnięte, wykroczą daleko poza sam zakaz krytykowania islamu.
Pierwszy z nich, to zapewnienie islamowi nadrzędnego statusu. Można krytykować każdą inną religię, ale nie wolno krytykować islamu. W przypadku innych religii istnieje wolny rynek idei – można o nich mówić, co nam się podoba, wystawiać sztuki, opery, powieści – islam jednak jest wyjątkiem. W jego przypadku wolny rynek idei nie istnieje.
Po drugie, to forsowanie zasady, że muzułmanie są lepsi, a ludzie Zachodu, niemuzułmanie, niewierni, są gorsi. Islamiści stale robią i mówią rzeczy obraźliwe dla ludzi Zachodu i to jest w porządku, natomiast sytuacja odwrotna, jest nie do pomyślenia. Przyjrzyjmy się rysunkom w muzułmańskich publikacjach. Są tam jawne zniewagi wobec judaizmu, chrześcijaństwa czy buddyzmu. To jest w porządku, w drugą stronę z kolei to nie działa.
Jeśli ta zasada nadrzędnego statusu muzułmanów i podrzędnych niemuzułmanów zostanie w pełni zrealizowana, osiągniemy status dhimmi. Oznacza to, że ludy Księgi, zwłaszcza żydzi i chrześcijanie, mogą kontynuować swe praktyki religijne pod rządami muzułmanów, ale będą dyskryminowani i będą podlegali licznym restrykcjom.
Narzucenie innym statusu dhimmi doprowadzi do trzeciego i ostatecznego celu, czyli do ustanowienia szariatu, prawa islamskiego, o którym właśnie mówił Lars Hedegaard. Szariat reguluje zarówno sferę prywatną, jak i publiczną. Sfera prywatna obejmuje dalece osobiste kwestie: czystość cielesną, seksualność, macierzyństwo, relacje rodzinne, ubiór i dietę. W sferze publicznej szariat reguluje relacje społeczne, transakcje handlowe, kary za przestępstwa, status mniejszości, niewolnictwo, sprawowanie władzy, sądownictwo, podatki i prowadzenie wojen.
Krótko mówiąc, szariat reguluje wszystko, począwszy od wizyty w toalecie, a na prowadzeniu wojny kończąc. Jak podkreślał Lars, szariat stanowi całkowite przeciwieństwo najistotniejszych zasad, na których opiera się cywilizacja zachodnia. Nierównego statusu kobiet i mężczyzn, muzułmanów i niemuzułmanów, właścicieli i niewolników, nie można pogodzić z cennymi dla nas swobodami, które są nierozerwalnie związane z naszą cywilizacją. Nie da się pogodzić haremu z monogamią. Nadrzędny status islamu stoi w sprzeczności ze swobodą wyznania, zaś autorytarny bóg nie zezwoli na demokrację. Gdyby islamistom udało się wprowadzić rządy szariatu, oznaczałoby to zastąpienie naszej cywilizacji cywilizacją islamską.
Uciszenie1111 dyskusji o islamie toruje drogę do tego celu. I na odwrót, utrzymanie swobody wypowiedzi umożliwiającej dyskusję o islamie, stanowi kluczowy punkt obrony przeciwko próbom narzucenia islamskich rządów. Zachowanie naszej cywilizacji wymaga otwartej dyskusji o islamie. Islamiści dążą do jej uciszenia, ponieważ chcą położyć kres naszej cywilizacji. Tak więc nie chodzi tylko o wolność wypowiedzi, chodzi o coś znacznie ważniejszego: być albo nie być naszej cywilizacji.
Na każdy przejaw swobody wypowiedzi po roku 1989, jak na przykład duńskie rysunki Mahometa, przypada niezliczona rzesza pisarzy, wydawców, czy ilustratorów, którzy wzbraniają się skorzystać z prawa do swobodnej ekspresji twórczej. Mógłbym tu podać mnóstwo przykładów artystów, dramaturgów, pisarzy oraz wielu innych, którzy mówią: „Nie chcę się nawet zbliżać do tematu islamu”.
Zmiany po roku 1989 spowodowane są też rozwojem trzech „izmów” – multikulturalizmu, lewicowego faszyzmu i islamizmu.
Według zwolenników multikulturalizmu, żaden szczególny sposób życia, system wierzeń, czy sposób sprawowania rządów, nie jest lepszy ani gorszy od innych. Przypomina mi to dyskusję na temat restauracji: „Gdzie zjemy dziś obiad? W restauracji japońskiej, czy włoskiej? Obydwie serwują bardzo dobre jedzenie, więc tak naprawdę to żadna różnica, którą z nich wybierzemy”. Problem w tym, że zwolennicy multikulturalizmu podobnie postrzegają rzeczy o wiele ważniejsze niż obiad. Nie ma dla nich istotnej różnicy między ekologią, a kultem Wicca i wiarą w istnienie czarownic. To całkowicie równoprawne alternatywy dla cywilizacji judeochrześcijańskiej. Po co więc walczyć w obronie swojego sposobu na życie, skoro nie jest on lepszy niż inne?
Po drugie, mamy lewicowy faszyzm, który głosi, że cywilizacja zachodnia jest najgorsza ze wszystkich. To Zachód, promujący rasizm i imperializm, uczynił życie nieznośnym dla przedstawicieli innych cywilizacji. Kierowany przez takie postacie jak zmarły już prezydent Wenezueli, Hugo Chavez, ten lewicowo-faszystowski ruch postrzega hegemonię Zachodu (Imperium przez duże I) jako główne zagrożenie dla świata, z USA i Izraelem jako głównymi winowajcami.
Po trzecie, mamy islamizm, radykalny islamski ruch dążący do ustanowienia szariatu. Jego wpływy wzrosły niepomiernie po 1989 roku. Rozejrzyjcie się – to ISIS i podobne mu zjawiska dominują w nagłówkach mediów.
W każdym kraju, w którym muzułmanie są większością, islamizm jest na fali. Stał się najpotężniejszą formą radykalnej utopii. Faszyzm i komunizm prawie znikły, teraz to islamizm jest wszędzie. Islamiści wchodzą w sojusz z lewicą, opanowują społeczeństwa obywatelskie, rzucają wyzwanie wielu rządom lub je przejmują. Ustanowili sobie przyczółek na Zachodzie i promują swe interesy w międzynarodowych instytucjach. W ONZ doszło na przykład do uchwalenia rezolucji przeciwko zniesławianiu religii – oczywiście chodzi tu o zniesławianie islamskiej.
Podsumowując: jin słabego Zachodu spotkał się z jang pewnych siebie islamistów. Obrońcy cywilizacji Zachodu muszą walczyć nie tylko z islamistami, ale także ze zwolennikami multikulturalizmu, którzy ułatwiają owym islamistom zadanie, i z lewicowcami, którzy z tymi islamistami zawierają sojusze.
Tłumaczenie: rol
Na podstawie tekstu z euroislam.pl

czwartek, 30 października 2014

Twierdzenia, że ocieplenie atmosfery ziemskiej jest pochodzenia antropogenicznego, jest jedynie hiptezą.

    Zwolennicy tej hipotezy, manipulują danymi, prezentując wybiórcze dane nie uwzględniając całej , możliwie pełnej gamy czynników wpływających na zmiany klimatu.                                       

Np. bardzo popularne jest posługiwanie się krzywą wzrostu temeperatury jedynie od 1860 do 2000 r., nie prezentując danych historycznych (najlepiej z całego holocenu czyli od ustąpienia ostatniego zlodowacenia 11,5 tys. lat temu). Dane historyczne jednoznacznie pokazują, że temperatura atmosfery zmienia się periodycznie. Były okresy cieplejsze np. w XI-XI w., gdy zboża były uprawiane na Grenlandii, a winorośl w Anglii i Polsce. Była też tzw. "mała epoka lodowcowa" w XVII i XVIII w., kiedy zdarzało się, że zamarzała Tamiza oraz Bałtyk.                     

Rzecz w tym, że naturalne zmiany klimatyczne są normą, tyle, że to nie pasuje do tezy o antopogenicznym pochodzeniu  ocieplenia. 
Innym przykładem jest koncentrowanie się na dwutlenku węgla, jako gazie cieplarnianym, podczas, gdy krotnie większy wpływ na atmosferę jako gaz cieplarniany ma para wodna.
    Nadal jest zbyt wiele niewiadomych, związanych ze zmianą klimatu, aby formułować kategoryczne tezy w tej kwestii. Podobnie jak nieodpowiedzialnością jest podejmowanie na tak wątłych podstwawch, działań kosztownych dla społeczństw.
Więcej na ten temat np. tu: http://e-bmp.pl/File/bmp_5051e64164c7c.pdf
przedstawia prof. Zygmunt Kolenda 

wtorek, 14 października 2014

Ksiądz i racjonalista

Wywiad z  ks. Jackiem Stryczkiem pokazuje, że są również myślący księża. Poniżej kilka z jego opartych na praktyce poglądów:

Wydaje się, że nierealne prawo nie jest. Nie mówię, że to jest dobre, ale tak po prostu jest. A to jest właśnie skutek uboczny braku etosu urzędników państwowych.


Czyli szarą strefę udałoby się zmniejszyć, jeśli państwo byłoby przyjazne i otwarte na obywatela?
By to zmienić, potrzebne są trzy rzeczy. Po pierwsze uwspólnienie etosu państwa, które dotyczy nie tylko podatników, ale również urzędników. Po drugie umożliwienie ludziom funkcjonowania oddolnego w społeczeństwie. I po trzecie skuteczny sposób egzekucji, bo zawsze będą osoby, które kombinują.
Mój największy problem z byłym już premierem Tuskiem polegał na tym, że jako liberał nie powiedział: od tej pory wy, urzędnicy, macie się kierować w pracy następującymi zasadami: jesteście tu po to, by służyć ludziom i obowiązuje taka i taka kultura organizacyjna. Wtedy ci, którym się chce, wiedzą, jak działać, i jeszcze pilnują tych, którym się nie chce. Inicjatywy oddolne sprawiają, że społeczeństwo się samo reguluje. A ryba psuje się od głowy.
Nie jestem specjalistą od systemów społeczno-gospodarczych. Ja się znam na organizacji, na zasadach, na etosie. Wyobraź sobie 500 lokalizacji, 10 tys. wolontariuszy, a my potrafiliśmy dać im wytyczne odnośnie do ich pracy w sześciu – ośmiu punktach. Reszta to ich oddolna inicjatywa. Da się. Zarządzam dużymi społecznościami, w których wprowadzam minimum reguł i dużą swobodę. To połączenie daje najlepsze efekty. Mędzy innymi dlatego staliśmy się w ciągu kilku lat jedną z największych organizacji w tym kraju.
Uważam, że zanim uchwali się jakieś prawo, trzeba się zastanowić, czy da się je wyegzekwować. Od tego trzeba zacząć. A im więcej reguł, tym trudniej się w nich połapać i tym trudniej je wyegzekwować. W organizacji, którą zarządzam, na pewnym etapie była tendencja do zwiększania liczby procedur. Kiedy się o tym dowiedziałem, zrobiłem karczemną awanturę. Uproszczenie ich do najbardziej podstawowych zasad, które jest się w stanie wyegzekwować, sprawiło, że w projekcie pojawiła się natychmiast nowa energia.
Jakie jest to minimum zasad, które powinny organizować nasze życie społeczne?
W Irlandii jest taka zasada, że poza miastem można jechać wszędzie 90 km/h. Nieważne, czy na zakręcie, czy na długiej prostej. A u nas? Wjeżdżam do lasu i na odcinku stu metrów mam sześć znaków drogowych. Bo u nas ktoś myśli za ciebie. Tu możesz jechać 50, tu 70, tam znowu 90 km/h. W Irlandii wiadomo, że nikt za ciebie nie myśli, to ty musisz wiedzieć, z jaką prędkością wchodzisz w zakręt. I to działa.
Całość na:
http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/827897,szara-strefa-bez-etosu-czy-nalezy-w-polsce-placic-podatki.html

sobota, 4 października 2014

Nigeryjski książę o imieniu Islam

Daniel Greenfield                                                                                                               2014-10-04

Powiedzmy, że dostajesz kusząca ofertę od nigeryjskiego księcia i postanawiasz zainwestować trochę pieniędzy, żeby mu pomóc w przeniesieniu jego olbrzymiego majątku z Burkina Faso albo Dubaju do banku po drugiej stronie twojej ulicy. To pozornie proste zadanie przeniesienia 18 milionów dolarów, jakie zostawił mu ojciec, napotyka na pewne przeszkody, które wymagają, byś wpłacał coraz więcej twoich pieniędzy.

Z czasem zainwestowałeś więcej pieniędzy niż kiedykolwiek zrobiłbyś za jednym zamachem, po prostu starając się ochronić to, co już utopiłeś w planie księcia Ngobo. Dla zachowania szacunku dla samego siebie będziesz nadal wierzył, że niezależnie od tego, co robi książę Ngobo, jest on wiarygodny i szczery. Jakiekolwiek niepowodzenia w tej interakcji są albo twoją winą, albo winą kogoś trzeciego. Każdy, kto mówi inaczej, musi być Ngobofobem.

A teraz wyobraź sobie, że prawdziwe imię księcia Ngobo brzmi Islam.

Tu właśnie znajdują się obecnie elity zachodnie. Wiele zainwestowały w iluzję o pokojowej cywilizacji islamskiej. Te inwestycje, czy jest to imigracja islamska, demokracja islamska, czy pokój z islamem, okazały się toksyczne, ale porzucenie tych inwestycji nie wchodzi w rachubę, tak jak spisanie księcia Ngobo na straty jako oszusta i odejście z poczuciem, że jest się idiotą.

Elity zachodnie, które uważają się za inteligentniejsze i bardziej oświecone niż mędrcy i prorocy każdej religii i które opierają całe swoje prawo do rządzenia na przekonaniu o tej swojej inteligencji i oświeceniu, nie mają zwyczaju przyznania, że wystrychnięto je na dudka.

Entuzjaści Wiosny Arabskiej, którzy przepowiadali, że rewolty muzułmańskie przyniosą nową erę sekularyzmu, wolności i koniec przemocy między islamem a Zachodem, zajęci są wypisywaniem kolejnych czeków.

Nie jest to szaleństwo; jest to odmowa przyjmowania faktów do wiadomości i zaprzeczanie rzeczywistości – rozlewne jak egipska rzeka. Zwycięstwo Bractwa Muzułmańskiego zdyskredytowało Wiosnę Arabską, co dyskredytuje próbę Demokracji Arabskiej, co dyskredytuje zgodność islamu i ludzi z Fifth Avenue. Idź w górę rzeki i nagle Zderzenie Cywilizacji staje się niezaprzeczalnym faktem. Łatwiej jest poddać się i pozwolić rzece zaprzeczania nieść cię z biegiem, a za pięć lat znajdziesz się w sytuacji wyjaśniania, dlaczego Al-Kaida rządząca Libią jest właściwie czymś dobrym dla wszystkich.

W 1993 r. Izrael zawarł umowę “ziemia za pokój” z oślizgłym egipskim facetem o imieniu Jaser Arafat. Urodzony w Kairze Arafat miał zamienić swoją bandę terrorystów w rząd i siły policyjne i rządzić na autonomicznym terytorium w zamian za zakończenie przemocy. Clinton uśmiechał się radośnie, kiedy wymieniano uściski dłoni i świtała nowa era pokoju.

Ta era jednak dopiero musi się pojawić.

Ponad dwadzieścia lat terroryzmu nie zachwiało wiary establishmentu amerykańskiego lub izraelskiego w “rozwiązanie w postaci dwóch państw”, które nie rozwiązuje absolutnie niczego, poza, być może, problemem, jak uczynić z Bliskiego Wschodu jeszcze gorsze miejsce. W miarę nasilania się przemocy i zwężania dróg do pokoju prezydenci amerykańscy i premierzy izraelscy podwajali oferty ustępstw i swoją wiarę w „rozwiązanie w postaci dwóch państw” – które jest obecnie dla większości artykułem wiary. Zaprzeczanie rzeczywistości nie jest tylko rzeką w Egipcie; bije także falami na brzegi Tel Awiwu, wpływa na wybrzeże angielskie i zalewa miasta w całej Europie.

Zapytaj eurokratę , która godzina, a wykalkuluje, ile policzyć ci za subsydia dla rzemieślników od zegarów, których potrzeba, by odpowiedzieć ci na to pytanie.  Zapytaj go o integrację islamską, a natychmiast powie ci, że wszystko idzie gładko i problemy istnieją tylko w umysłach kilku bigotów i na stronach kilku goniących za sensacją tabloidów.

Muzułmańska integracja w Europie idzie jak po maśle, bardzo podobnie jak izraelsko-palestyński proces pokojowy i Wiosna Arabska. Rozwija się jak płomienna miłość, nie mówiąc o płomieniach w autobusach, płonących samochodach i o dwóch wieżach w płomieniach – po drugiej stronie Atlantyku. Jeżeli jakiekolwiek problemy istnieją, jak w przypadku procesu pokojowego i procesu wiosennego, to niewątpliwie jest to wina kogoś, kto nie jest muzułmaninem.

Wiosna Arabska, palestyński Proces Pokojowy i każda podobna próba przekształcenia regionu zakładała, że przyczyną przemocy muzułmańskiej jest brak siły i samostanowienia  i że jego odwrotność, czyli wzmocnienie samostanowienia jest rozwiązaniem. Dajcie tym nieszczęsnym ludziom trochę broni, własny kraj, urnę wyborczą i wolne wybory, a będą mniej chętni do wysadzania się w powietrze w podmiejskim pociągu w poszukiwaniu 72 dziewic. Okazało się wzmocnienie ludzi, którzy posługiwali się przemocą, kiedy byli słabi, tylko nasiliło ich skłonność do przemocy.

Niektóre z najlepszych umysłów na obu półkulach zajmują się poszukiwaniem rozwiązania tego paradoksu, który nie jest żadnym paradoksem, a łatwą do przewidzenia konsekwencją.

Jeśli Abdul obcina ludziom głowy, kiedy ma do dyspozycji tylko miecz, to jeśli dasz mu karabin, będzie z niego strzelać. Jeśli wysadza w powietrze autobusy, kiedy ma za sobą tylko grupę terrorystyczną, będzie napadał kraje, kiedy dostanie kraj.

Wzrost siły Abdula nie zmniejszy jego roszczeń, bo jego roszczenia są funkcją jego zdolności stosowania przemocy. Wzmocnienie tych możliwości, wzmocni jego roszczenia, aż cały świat znajdzie się po złej stronie jego bułatu.

Liberalne przewidywanie, że “Abdul + władza + pieniądze + broń = pokój” ma równie wiele sensu jak historia księcia Ngobo o opłatach za transfer, na które rzuciły klątwę czarownice, ale “musisz mieć wiarę”, jak powiadają słowa popularnej piosenki. Pewne rzeczy, w które mamy wiarę, są większe od nas, a inne są po prostu nami. Ci, którzy pokładają wiarę w księciu Ngobo i dobrotliwej naturze islamu, w rzeczywistości wierzą własnym instynktom, ufając, że są one poprawne, choć równocześnie patrzą w oczy oszustwu.

Rzadko widzimy rzeczy takimi, jakimi one są. Na ogół widzimy je przez pryzmat naszych oczekiwań. Nasza wiedza o świecie nie jest oddzielna od naszego światopoglądu, który rzuca cienie z naszego wewnętrznego świata na świat zewnętrzny. Jedynym sposobem uniknięcia tej pułapki jest badanie konsekwencji przez tworzenie teorii opartych na rzeczywistych faktach, a nie fabrykowanie rzekomych wydarzeń w oparciu o teorię.

Większość ludzi przenosi własne pragnienia i motywy na innych. Amerykanie założyli, że muzułmanie chcą demokracji, wolnej przedsiębiorczości i spokojnego życia. Muzułmanie zakładają, że Amerykanie spiskują, by ich zniszczyć przy pomocy zawiłych spisków i konspiracji, bo oni to zrobiliby na naszym miejscu… i to właśnie próbują robić.

Eurokraci zakładają, że muzułmanie chcą być dobrymi, wielokulturowymi socjalistami, ponieważ sami chcą, by nimi byli. Zakładali, że Wiosna Arabska była odpowiednikiem ruchów socjalistycznych w Europie, po błędnym założeniu tego samego o arabskich ruchach socjalistycznych wcześniejszych pokoleń. Zakładali to wszystko, bo tak samo jak partnerzy biznesowi księcia Ngobo, zastanawiający się, jak zadzwonić do Lagos, widzieli w Innym odbicie własnych pragnień.

Koszt wolnego świata utopiony w iluzję, że islam jest dobrotliwy, że jest pozytywnym wkładem w naszą kulturę i że można z nim koegzystować, jest olbrzymi. Koszt kulturowy jest jeszcze większy.

Jest nim ta wiara, jaką polityczni, kulturowi i akademiccy „lepsi od nas” mają w samych siebie – w swoją prawość, swoje zrozumienie i swoje racjonalne narzędzia naukowego zarządzania. Muzułmanie nie odważają się kwestionować islamu, bo boją się Allaha. Liberałowie nie odważają się kwestionować islamu, bo boją się wyjść na idiotów. Jeśli całkowicie mylili się w sprawie islamu, to w jakich jeszcze sprawach mogli się mylić? Pociągnij za jedną nitkę, a cały płaszcz marzeń rozpruwa się, pozostawiając za sobą bardzo nagiego cesarza.

Im dłużej trwa to oszustwo, tym trudniejsze staje się przyznanie, że się mylili. To, co po roku można było wyrzucić, jest po dwudziestu latach artykułem wiary i jest niezaprzeczalne po czterdziestu. Daje się znieść natychmiastowe przyznanie się do pomyłki, ale przyznanie, że twoja polityka była bezsensownym szaleństwem przez całe pokolenia, jest niewyobrażalne.

Problem z nagim cesarzem jest taki, że wszyscy widzą, iż jest on nagi. Daj ludziom pozwolenie na wskazanie oczywistości, a zaczną wskazywać palcami i śmiać się z tych którzy nadal wierzą. Jedynym sposobem niedopuszczenia, by cesarz stał się obiektem szyderstwa, jest rozpaczliwe utrzymywanie konsensusu, że „wszyscy widzą, że ma spodnie”; nawet jeśli ich nie widać. Wszyscy wiedzą, że islam jest ideologią przemocy i trzymają tę wiedzę głęboko w głowie, w miejscu, do którego wchodzą zdroworozsądkowe obserwacje zbierane przez doświadczenie. Daj ludziom pozwolenie na wskazanie na oczywistość, a gniewnie zwrócą się przeciwko tym, którzy przez dziesięciolecia kłamali im i manipulowali nimi. Co gorsza, uznają ich za niekompetentnych głupców, którym nie można powierzyć steru rządów.

Tym, co jest najbardziej podstępne, jest zamiłowanie lewicy do wyobrażonego świata, jaki stworzyli. Wielokulturowa utopia z wesołymi Pakistańczykami dodającymi Londynowi przyprawy, Saudyjczykami budującymi małe meczety na kanadyjskiej prerii i eleganckimi szyitami wnoszącymi różnorodność do Dearborn, nie jest tylko propagandą – jest to wyimaginowany świat, w którym chcą żyć. Nowy porządek świata, który sobie wyobrazili, składający się z wielokulturowych demokracji, jest ich ideałem jak powinien wyglądać świat – utopią stworzoną i podtrzymywaną naszym kosztem i wbrew rzeczywistości i rozsądkowi.

Iluzja islamu, jak system bankowy, stała się zbyt wielka, by upaść. Nie może upaść, bo pociągnęłaby za sobą zbyt wiele zniszczeń, pozostawiając trudniejszy świat. Nieważne, jak niezintegrowani są muzułmanie w Europie, eurokraci muszą upierać się, że poza kilkoma wybojami na drodze, wszystko idzie zgodnie z planem. Już lada dzień imam-lesbijka będzie nauczała o zaletach sekularyzmu w Finsbury Park. Musi tak być, bo alternatywa jest nie do pomyślenia.
W Izraelu rozwiązanie w postaci dwóch państw nadal musi być rozwiązaniem, bo alternatywą jest wieczny konflikt. W reszcie regionu Demokracja Arabska musi być realna, bo inaczej pozostaje tylko rozpacz z powodu niereformowalnego barbarzyństwa.

Musimy mieć wiarę, już nie w bóstwo, włącznie z głównym bóstwem islamu, ale w naszych przywódców.  Muzułmanie wierzą, że Allah jest nieomylny, podczas gdy od nas oczekuje się wiary, że politycy i profesorowie, dyplomaci i dziennikarze są nieomylni. Wszyscy oni mają rację, nawet kiedy trwająca przemoc dowodzi, że się mylą.

Ludzie, którzy kształtują naszą połowę świata, dali się nabrać na przekręt nigeryjskiego księcia o islamie i potrzebna im wiara, że wiedzą, co robią, także nasza wiara. A kiedy czek z Lagos okazuje się nie mieć pokrycia, kiedy wybuchają bomby, palą się samochody, dzieci są mordowane w szkołach i lecą rakiety, nie obwiniają księcia Ngobo, zamachowców, terrorystów i podrzynaczy gardeł – obwiniają nas za niszczenie iluzji przez brak wiary w nią.

Wszystko by się przecież pięknie ułożyło, gdybyśmy tylko równie chętnie przyjmowali kłamstwa jak nasi łatwowierni panowie.

A Nigerian prince called islam

Sultan Knish, 28 września 2014
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Daniel Greenfield

Amerykański pisarz i publicysta, mieszka w Nowym Jorku. Prowadzi stronę internetową Sultan Knish.
źródło http://www.listyznaszegosadu.pl/notatki/nigeryjski-ksiaze-o-imieniu-islam

środa, 1 października 2014

Islamiści zabijają ludzi. Wielu udaje zaskoczenie

Pisze o tej aberracji poznawczej Noru Tsalic Izraelski bloger, który obecnie pracuje w Wielkiej Brytanii.Wiadomość z ostatniej chwili: terroryści zabijają ludzi!

Artykuł zaczyna tak:
"Po występowaniu w roli “użytecznych idiotów” i powielaniu propagandy islamistycznej wychodzącej z Gazy, zachodni politycy i „dziennikarze” głównego nurtu nagle wpadli w histerię na widok makabrycznego wideo, pokazującego jeszcze jedną „egzekucję” amerykańskiego zakładnika (kolejnego dziennikarza) przez dżihadystę.
Pomijając „metodę egzekucji” (która także nie jest niczym nowym, obcinanie głów jest systematycznie stosowane na dużą skalę przez „przyjazną Zachodowi” monarchię saudyjską) co właściwie stanowi tu niespodziankę? Wiadomości z ostatniej chwili: od informacji zMonachium 1972 do Karaczi 2002, do Gazy 2014, to właśnie robią terroryści: porywają i mordują ludzi w z zamiarem siania terroru. To dlatego są nazywani terrorystami (którzy jednak przez osoby wyposażone w osobliwy kompas moralny, cokolwiek zdezorientowane i dezorientujące media, takie jak BBC, nazywani są „bojownikami” – jak gdyby maszerowali w proteście i skandowali hasła, zamiast zarzynać niewinnych ludzi)."
Całość pod tym linkiem:
http://izrael.org.il/opinie/4377-wiadomo-z-ostatniej-chwili-terroryci-zabijaj-ludzi.html